Dołącz do nas

Piłka nożna Prasówka

Media o meczu: Lech był w opałach, GKS znów dał show

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Zapraszamy do przeczytania fragmentów doniesień mediów na temat wczorajszego meczu Lech Poznań – GKS Katowice 3:3 (0:1).

 

weszlo.com – Lech i GKS zadbały, by na finiszu ligi nie zabrakło emocji

Przez większość pierwszej połowy zapowiadało się na kolejne niemrawe widowisko, jakich w tej kolejce nie brakowało. Jak bardzo musieli żałować ci, którzy uznali, że mają już dość i wolą zamiast oglądać drugą połowę iść na spacer. Lech i GKS po przerwie wsadzili nas na karuzelę, z której żal było zsiadać, gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni.

No nie wszedł Lech w tę pierwszą połowę, jakby chciał wysłać do reszty ligi sygnał, że o odebraniu mu mistrzostwa może co najwyżej pomarzyć. W ofensywie to była jakaś kompletna apatia, totalny brak pomysłu na to, jak ukąsić rywala. Do momentu straty gola to była właściwie jedna sensowna akcja z ładną wymianą podań między Walemarkiem i Ishakiem, zakończona zmarnowaniem patelni przez Bengtssona.

W dodatku Kolejorz prosił się o kłopoty, bo GKS, który w tych początkowych minutach wyglądał znacznie konkretniej, z łatwością dochodził do sytuacji strzeleckich. Straszyli piłkarze Rafała Góraka po rzutach rożnych (w pierwszej połowie mieli ich dziewięć i przy wielu z nich śmierdziało golem) i wreszcie trafili po dośrodkowaniu, choć akurat z gry. Piłkę w pole karne dorzucił Czerwiński, Pereira przypomniał sobie o tym, że warto by w jakikolwiek sposób przeszkodzić rywalowi dopiero, gdy ten już składał się do strzału, więc Marković skorzystał i trafił na 1:0.

Gol jednak zadziałał na gospodarzy jak zimny prysznic, bo końcówka pierwszej części meczu to był zdecydowanie ich lepszy fragment. Na tyle dobry, że padł choćby ich pierwszy celny strzał, oddany przez Ishaka.

Lechici wyszli tak samo podrażnieni na drugą część spotkania i okazało się – co za zaskoczenie – że jednak opłaca się oddawać strzały. Rodriguez na przykład kopnął tak, że wydawało się, że do bramki nie trafi, ale piłka odbiła się pechowo od Jędrycha i jednak do siatki wpadła.

No i niby Lech się obudził, zaczął stwarzać więcej zagrożenia na połowie rywala, ale na swojej nadal pozwalał rywalowi na wiele. Choćby Jagiełło tylko przyglądał się jak Marković biegnie z piłką w kierunku pola karnego, ale nie reagował, tak jak Gholizadeh stał w pobliżu, ale nie pilnował Nowaka, do którego Norweg zagrał. No a Nowak z piłką na lini pola karnego bez problemu wypatrzył czekającego na podanie Szkurina i, jak to Nowak, znakomicie go obsłużył. To był popis bezradności Lecha w obronie – Skrzypczak ruszył do Nowaka kompletnie bez przekonania, opuszczając pozycję, Pereira z podobnym zaangażowaniem przeszkodził Szkurinowi w przejęciu piłki, na koniec Mońka poszedł wślizgiem na raz, więc Białorusin z łatwością go minął, a następnie pokonał Mrozka, mimo że Pereira starał się jeszcze rozpaczliwie przeszkadzać (w taki sposób, że piłka po jego interwencji odbiła się do Mońki i wróciła do Szkurina).

Lech z zeszłego sezonu to starcie pewnie by przegrał, bo z odrabianiem strat kompletnie sobie na radził (w sumie wywalczył tylko jeden punkt w meczach, w których pierwszy stracił gola, co symboliczne, był to mecz z GKS-em Katowice), tymczasem pokazał, że teraz prowadzenie rywali już go nie podłamuje. Żeby to jednak zrobić, potrzebował zmian. Trio Walemark – Bengtsson – Ishak kompletnie rozczarowało, a po wejściu Hakansa, Palmy i Agnero trybuny w Poznaniu uwierzyły, że wynik jest jeszcze do odwrócenia.

Fin i Honduranin zaliczyli naprawdę imponujące wejście. Pierwszy pokazał, że szybkość jest jego wielkim atutem – w pojedynku biegowym nie dał szans rywalom i kontrę napędzoną świetnym podaniem Palmy sfinalizował strzałem w pełnym biegu z linii pola karnego.

Nie pocieszyli się jednak tym remisem za długo gracze Nielsa Frederiksena, bo GKS po zaledwie pięciu minutach znów prowadził. Po raz kolejny kapitalną robotę wykonał Marković – napędził akcję zagraniem do Wasielewskiego, ruszył za nią w pole karne i znalazł się w nim w samą porę, by dobić piłkę odbitą przez Mrozka po strzale Jirki.

I Lech znowu się z tego dźwignął, znów po akcji zmienników. Dobrze zastawił się Agnero, po zgraniu Jagiełły piłka trafiła do Gholizadeha, który znalazł czyhającego w szesnastce Palmę. Hondurain potańczył w polu karnym z Czerwińskim, wygrał to starcie, a następnie precyzyjnym uderzeniem pokonał Strączka.

Strączka, który w końcówce swoimi interwencjami uratował skórę gościom – doskonałym wyjściem przy strzale Hakansa i wcześniej przy uderzeniu głową Agnero.

Być może gdyby mecz jeszcze trochę potrwał, Lech w końcu by coś wcisnął, bo w końcowym fragmencie napierał, natomiast całościowo trudno powiedzieć, by wynik był niesprawiedliwy. Po tym, jak Kolejorz przespał pierwszą połowę i jakie prezenty rozdawał pod swoją bramką, nie może narzekać na remis.

W kontekście ligowych rozstrzygnięć wyjaśniło się natomiast niewiele. Ani Lech nie ustawił się w dużo lepszej pozycji w walce o mistrzostwo, ani GKS nie wykonał jakiegoś wyraźnego kroku w kierunku pucharów. Liczba goli sprawia jednak, że przynajmniej mamy poczucie, iż obie drużyny zasłużenie są na tych pozycjach, na których są.

 

sport.tvp.pl – Szalony mecz w Poznaniu. Lech był w opałach, GKS znów dał show

Cóż to był za szalony mecz! Lech Poznań trzykrotnie przegrywał, ale za każdym razem potrafił odrobić straty. Lider PKO BP Ekstraklasy ostatecznie zremisował u siebie z GKS-em Katowice 3:3 (0:1), ale ma tylko dwa punkty przewagi nad drugim Zagłębiem Lubin.

[…] Na Bułgarską przyjechał GKS Katowice, który 9 kwietnia stoczył szalone starcie w półfinale STS Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa. Choć podopieczni Rafała Góraka prowadzili do przerwy 2:0, ostatecznie odpadli z rozgrywek, przegrywając w serii rzutów karnych. Starcie z Lechem miało równie szalony przebieg, a pierwsza połowa również zakończyła się pod dyktando katowiczan. GieKSa skutecznie komplikowała życie gospodarzom swoim mocnym pressingiem. W 38. minucie gola głową strzelił Eman Marković, który przecież trzy dni wcześniej w Częstochowie popisał się kapitalną bramką.

GieKSa w meczu z Rakowem błyskawicznie straciła gola po rozpoczęciu drugiej połowy. Katowiczanie przeżywali swoiste deja vu w Poznaniu. W 48. minucie Arkadiusz Jędrych niefortunnie skierował piłkę do własnej bramki. Dwanaście minut później GieKSa znów była na prowadzeniu, gdyż Ilja Szkuryn świetnie zachował się w polu karnym, ogrywając obrońców Lecha. W 74. minucie Luis Palma uruchomił w pole karne Daniela Haakansa, który zachował zimną krew w polu karnym i perfekcyjnie zakończył sytuację sam na sam z Rafałem Strączkiem.

Zaledwie cztery minuty później do siatki znów trafił Marković, który pospieszył z dobitką po strzale Erika Jirki. Na tym poznański rollercoaster się nie zatrzymał. W 80. minucie Palma wykończył podanie Aliego Gholizadeha. Lech do przerwy grał kiepsko, ale w drugiej połowie pokazał charakter i kawał dobrego futbolu. To był piłkarski rock’n’roll. Mecz na sporej intensywności, opiewający o co najmniej kilka zwrotów akcji. Lech oddał sześć celnych strzałów, GieKSa dziewięć.

Kolejorz mimo wszystko może pluć sobie w brodę, że pozwolił wejść sobie GieKSie na głowę. Ma 46 punktów i na sześć kolejek przed końcem ma tylko dwa „oczka” przewagi nad drugim Zagłębiem Lubin i trzy nad Jagiellonią Białystok oraz Górnikiem Zabrze. GKS Katowice jest siódmy (40 pkt).

 

dziennikzachodni.pl – Fantastyczne widowisko i sześć bramek w Poznaniu

W rozegranym 12 kwietnia meczu 28. kolejki PKO Ekstraklasy Lech Poznań zremisował z GKS Katowice. Ponad 35 tysięcy widzów zasiadających na trybunach obejrzało fantastyczne widowisko, w którym padło aż sześć bramek.

W niedzielne popołudnie zmierzyły się dwie najlepiej punktujące drużyny PKO Ekstraklasy w tym roku, które uraczyły kibiców wspaniałym spektaklem. Katowiczanie przyjechali do Poznania do ponad dwugodzinnym czwartkowym boju w półfinale STS Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa, ale po drużynie Rafała Góraka, w której zadebiutował Marius Olsen, nie było widać zmęczenia. Dość powiedzieć, że goście trzykrotnie obejmowali w tym spotkaniu prowadzenie.

GieKSa w I połowie była zespołem lepszym od mistrza Polski. Ilja Szkurin co prawda nie wykorzystał świetnej okazji strzelając tuż nad poprzeczką, ale w 38 minucie goście objęli prowadzenie. Po dośrodkowaniu Alana Czerwińskiego Eman Marković uprzedził w polu karnym Joela Pereirę i wpakował piłkę do siatki okupując tego gola rozcięciem skóry na głowie.

Prowadzący w tabeli Lech po stracie gola mocno nacisnął na Katowiczan i kilka razy pod ich bramką zrobiło się gorąco, ale Rafał Strączek do przerwy nie dał się pokonać. Zaraz po zmianie stron bramkarz GieKSy jednak skapitulował po samobójczym trafieniu Arkadiusza Jędrycha. Kapitan gości tak pechowo dotknął piłki brzuchem po dośrodkowaniu Pablo Rodrigueza, że ta wpadła do siatki.

Katowiczanie odpowiedzieli akcją marzeniem. Marković z Bartoszem Nowakiem wymienili podania na jeden kontakt wypuszczając w bój Szkurina, a Białorusin wbiegł w pole karne i pokonał bramkarza Bartosza Mrozka, który przecież przez dwa sezony występował na Bukowej. Lech wyrównał po szybkiej kontrze, którą celnym strzałem zakończył Daniel Haakans.

Nie był to jednak wcale koniec emocji. W końcówce swojego drugiego gola zdobył Marković. Norweg popisał się skuteczną dobitką po uderzeniu Erika Jirki. Poznaniacy błyskawicznie jednak wyrównali, gdy Luis Palma dał pokaz swojego talentu po podaniu Ali Gholizadeha. Później szalę wygranej na korzyść gospodarzy mogli przechylić Yannick Agnero i Haakans, ale Strączek popisał się kapitalnymi interwencjami.

 

ekstraklasa.org – Lech 3:3 GKS: Do 3 razy sztuka? Niekoniecznie

Trudny sprawdzian lidera. W Poznaniu Lech 3-krotnie gonił wynik i ostatecznie oba kluby musiały zadowolić się 1 punktem.

Największy hit weekendu z PKO Bank Polski Ekstraklasą kibice zobaczyli w ostatnim niedzielnym spotkaniu. GKS Katowice aż 3 razy wychodził na prowadzenie, ale Kolejorzowi za każdym razem udawało się wyrównać. Najlepszym zawodnikiem spotkania był Eman Marković, który – podobnie jak w meczu z Bruk-Bet Termalicą Nieciecza – popisał się dubletem. Bilans w Poznaniu: 23 mecze – 11 zwycięstw Lecha, 6 remisów, 6 zwycięstw Katowiczan.

 

gloswielkopolski.pl – Co za emocje! Kolejorz trzy razy doprowadzał do wyrównania. Kanonada przy Bułgarskiej

W niedzielę Lech Poznań miał ogromne szanse uczynić kolejny krok w drodze do obrony mistrzostwa kraju. Niestety udało się to tylko połowicznie. Po szalonym emocjonującym meczu zremisował w obecności 36 tys. widzów z GKS Katowice 3:3.

Prawie komplet kibiców od początku meczu przecierał oczy ze zdumienia. Spodziewano się, że Kolejorz rozegra ten mecz na własnych warunkach, przejmie inicjatywę i zmusi gości do głębokiej defensywy. Stało się jednak zupełnie inaczej. Lech Poznań źle wszedł w to spotkanie, nie potrafił wymienić 2-3 podań i swoją niedokładnością napędzał rywali. Zupełnie nie widać było, że w czwartek piłkarze Gieksy grali 120 minut w półfinale Pucharu Polski. Lech Poznań nie miał pomysłu, jak dobrać się do gości, a co gorsze sam nie radził sobie z pressingiem podopiecznych Rafała Góraka. GKS wcale nie zamierzał się barykadować pod swoją bramką. Grał szybciej, składniej i wyglądał jak zespół, który wie, jak wykorzystać słabszą dyspozycję lidera.

Kapitalną szansę zmarnował w 23 min. Szkurin, ale groźnie pod bramką Mrozka było już kilka razy wcześniej. Bramkarz Kolejorza ratował zespół też po niefortunnej interwencji Ishaka. Kapitan był bliski strzelenia samobója. Po 35 minutach po w strzałach 5:1 prowadzili goście, przewaga w kornerach była jeszcze większa – 7:0. Gol dla Katowiczan „wisiał w powietrzu”, choć gdyby w 25 min. świetną okazję wykorzystał Bengtsson, to Lech Poznań prowadziłby w tym meczu. Chwilę później jednak goście dopięli swego. Dośrodkował były piłkarz Lecha Alan Czerwiński, a Eman Marković uprzedził Joela Pereirę i mierzonym uderzeniem głową wpisał się na listę strzelców. Bardzo słabo grający lechici „obudzili się” dopiero w końcówce pierwszej odsłony. Przedzierał się Walemark, ale uderzył wysoko nad bramką. Pierwszy celny strzał oddał w doliczonym czasie gry Mikael Ishak, ale bramkarz GKS poradził sobie z tym uderzeniem.

Druga część zaczęła się optymistycznie dla Lecha. Już w 47 min. Pablo Rodriguez tak zagrał piłkę do Ishaka, że odbiła się ona od pleców Arkadiusza Jędrycha i wpada do bramki GKS! Kolejorz poczuł wiatr w plecy, zaatakował z większą energią, ale podanie do Mikaela Ishaka okazało się zbyt mocne dla kapitana mistrzów Polski. W 60 min. kibice znów przeżyli zimny prysznic. GKS wykorzystał słabą postawę naszej defensywy i drugą nieudaną interwencję Pereiry. Do odbitej od placów Mońki piłki dopadł Szkurin i było 1:2. W 68 minucie trener Niels Frederiksen przeprowadził aż trzy zmiany. Za Ishaka, Walemarka oraz Bengtssona weszli Agnero, Palma oraz Hakans. I była to dobra decyzja, bo po akcji Palmy z Hakansem w 74 min. Kolejorz po raz drugi doprowadził do wyrównania. Fin popisał się efektownym sprintem i kapitalnym strzałem. Bramkarz GKS był bez szans.

To nie był jeszcze koniec emocji.

W 78 min. GKS trzeci raz wykorzystał chaos w poznańskiej obronie. Źle obliczył lot piłki Gurgul, strzał Jirki obronił Mrozek, ale wobec dobitki Emana Markovica był bezradny. Kolejorz potrafił odpowiedzieć jednak po raz trzeci. Do remisu 3:3 doprowadził Luis Palma, który do asysty dorzucił gola. Honduranin dostał piłkę w polu karnym i uderzył tuż przy słupku. Ten szalony mecz mógł zakończyć się wygraną lidera. W doliczonym czasie gry świetnie dwukrotnie spisał się bramkarz GKS Rafał Strączek, który obronił strzały Agnero oraz Hakansa.

Kliknij, by skomentować
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

Odpowiedz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Piłka nożna

Górak: Powrót króla na złote miejsce

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Przed meczem z Wisłą Płock odbyła się konferencja prasowa, w której udział wzięli trener Rafał Górak oraz Damian Rasak.

Michał Kajzerek: Spotkanie odbędzie się w sobotę o 12:15, a o godzinie 11:00 w kościele nieopodal stadionu będzie miało miejsce święcenie pokarmów.

Dla wielu piłkarzy mecze przeciwko byłym zespołom to dodatkowe emocje.
Damian Rasak:
Wiadomo, spędziłem tam wiele czasu i dużo fajnych momentów. Grałem szalony mecz w Zabrzu, z moja bramką i dobrym występem.

Jak pan scharakteryzuje rywala?
Rafał Górak:
To bardzo solidny zespół w tym sezonie. Długo byli liderem, zdajemy sobie sprawę, że to bardzo dobrze ułożona drużyna i mają dużo atutów. Wracamy do grania po przerwie, to lubimy najbardziej i nie możemy się już doczekać. W najbliższych dniach będzie się działo bardzo dużo.

Poproszę o ocenę dyspozycji rywala, kryzys już za nimi?
To trzeba by spytać trenera Wisły. Ten sezon jest specyficzny, można mieć serię zwycięstw i nagle jej nie mieć. Zawodnicy Wisły sobie ostatnio z tym poradzili i są już na 5. miejscu w tabeli. Mamy trzy punkty straty, to wszystko świadczy o tej tabeli.

Pana zespół był chwalony po dwóch porażkach, teraz dodatkowa presja na zwycięstwo?
Przed każdym meczem trzeba czuć presję, żeby to wszystko miało sens. Mamy taką wewnętrzną odpowiedzialność na tym stadionie, żeby dobrze się zaprezentować przed naszymi kibicami. Mimo, że te dwa mecze nie przyniosły nam tego, czego byśmy chcieli, jestem zadowolony z gry. Bardzo prosimy o doping, zaangażowanie na trybunach, żeby to był taki świąteczny nastrój i nam to pomogło.

Zaadaptowałeś się już w GieKSie?
Damian Rasak:
Starałem się. Sztab określa zadania, których muszę się trzymać. Są one określone bardzo indywidualnie, ja się muszę do nich dostosować. Wiem, czego trener ode mnie oczekuje – mieliśmy wiele rozmów. Moim zadaniem jest jak najlepiej moją rolę wypełniać, dostałem już kilka szans. Mam nadzieję, że dobrą grą odpłacę się za zaufanie i kolejne szanse. Najważniejsze jest dobro zespołu, a ostatnio przyszły dwie porażki, nie do końca zasłużone. Wisła się podniosła, miała swój dołek, ale to my mam nadzieję w sobotę te trzy punkty zdobędziemy.

Jak wygląda sytuacja Mateusza Kowalczyka?
Rafał Górak:
Naderwanie mięśnia dwugłowego, dwa-trzy tygodnie – to zależy od zawodnika, jak to będzie wyglądało. Przyglądamy się temu i podejmiemy decyzję.

Co dał ci wyjazd do Ujpestu? Coś się zmieniło?
Damian Rasak:
Nie było mnie tylko rok, ale Ekstraklasa się zmieniła, coraz lepsze pieniądze są wydawane. Kolejny krok do przodu w mojej przygodzie. Wyjazd dał mi kolejne doświadczenie, spojrzenie na inną stronę piłki. Inna liga, ciężka do grania, ale wracam do lepszej ligi niż liga węgierska. Cieszę się, że mogłem do GKS-u trafić i jestem dumny, że klub wykazał zainteresowanie. Szybko się wszystko rozwinęło i tutaj przyszedłem, więc super. Nie jestem zaskoczony, bo oglądałem Ekstraklasę, ale postęp tych rozgrywek jest budujący.

Twój transfer z Górnika stał się mocno publiczny.
Zostało pokazane dosyć dużo, oczywiście to oglądałem. Nic tam od ukrycia nie mieliśmy, więc dla kibiców to było fajne pokazanie, jak zakulisowe rozmowy i smaczki wyglądają. Osobiście uważam, że to pozytywne i fajne emocje wywołało.

Łatwo skupić się na pojedynczych zadaniach, gdy za chwilę mecz pucharowy?
Rafał Górak:
Największą sztuką jest skoncentrować się na tym, co najbliższe. Nawet chyba kosztem świąt będziemy myśleć o meczu w Częstochowie. Koncentrujemy się na meczu z Wisłą.

Reszta zespołu jest do dyspozycji?
W zasadzie tak, nawet Adam już dochodzi do siebie po urazie. Nie ma tych poważniejszych urazów, Alan Bród i Mateusz Marzec wrócili do pełnych obciążeń.

Coś udało się po węgiersku nauczyć?
Damian Rasak: Śmiałem się, że to język podobny do niczego. Chyba najtrudniejszy na świecie, nie ma co tu czarować. Podstawy jakieś poznałem, typu dzień dobry i dziękuję. Nie będę mówił, że się uczyłem, bo tak nie było. Mieliśmy szatnię anglojęzyczną, język angielski obowiązywał na odprawach i przemowach. Żadnej bariery językowej nie było.

Rafał Górak: Chciałbym nadmienić, że wręczałem nagrodę Wydarzenia Roku 2025 na tegorocznej gali Złotych Buków, a teraz hokeiści nakręcają nas pozytywną energią. Odwrócili losy półfinału, pokazali charakter. Trzymamy kciuki – w tamtym roku przegraliśmy z Tychami w finale, ale nie zaczynaliśmy u siebie. Chłopakom życzymy Powrotu Króla na swoje złote miejsce.

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga