Dołącz do nas

Felietony Piłka nożna

Panie Urban – bierz go Pan!

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Liczba spotkań, które wprawiają nas w euforię w naszym nowym domu jest abstrakcyjna. Oczywiście można powiedzieć, że każde ekstraklasowe zwycięstwo smakuje wybornie. To prawda. Jednak to, co się dzieje na Nowej Bukowej, jakie piękne chwile przeżywamy, to coś, czego nie mogliśmy sobie wymarzyć. Bo zobaczcie – myśleliśmy o tym nowym stadionie, wiadomo, ile lat się to przeciągało, potem trwała budowa, my się jeszcze tułaliśmy po pierwszej lidze. Jednak nawet już będąc po awansie – czy ktoś spodziewał się, że po niemal roku będziemy na tym obiekcie mieć na koncie tak kapitalne momenty jak dwie wygrane z Górnikiem, pokonanie Cracovii, Jagiellonii, Pogoni, Widzewa? A przecież tych kapitalnych spotkań było jeszcze kilka. Magia – po prostu magia.

Po małej wpadce w Gdyni – zarówno wynikowej, jak i jeśli chodzi o grę – GieKSa wróciła szybko na swoje tory. Znów wybiegała ten mecz, znów intensywność była bardzo duża. A łatwo przecież nie było, bo fizycznie Górnik również prezentował się również bardzo dobrze i w ciemię bici piłkarze Michala Gasparika nie byli. To był bardzo trudny mecz dla naszej drużyny i wcale nie musieliśmy go wygrać.

Inna sprawa, że jednak trener Gasparik trochę przesadził na konferencji mówiąc, że przegrała drużyna lepsza i jego zespół zasłużył na trzy punkty. Czy Górnik był na tyle lepszy, żeby taką opinię wygłosić? Moim zdaniem to przesadzone. Były różne momenty w tym meczu – takie chwile, w których rzeczywiście zabrzanie dominowali, ale przecież i GieKSa nie pozostawała dłużna. Ostatecznie jeśli chodzi o kwestie na przykład strzałów – to były one niemal idealnie równe. Ale już xG było po stronie katowiczan, choć oczywiście zawyża je rzut karny. Posiadanie piłki było nieco na korzyść zabrzan. Summa summarum trzeba powiedzieć, że to był ultrawyrównany mecz, w którym każdy wynik był możliwy.

Decydują więc inne zmienne, jak choćby… maszyna losująca, która mówi, że z taką grą raz wygrasz, raz przegrasz, a raz zremisujesz. Tym razem „kropka nad i” była po naszej stronie. Mówię „maszyna losująca” oczywiście w przenośni, bo to Bartek Nowak w pewnym momencie zagrał jak typowy Bartek Nowak, świetnie wypatrzył Ilję i zagrał mu mocną, ale bardzo precyzyjną piłkę. Ilja się kapitalnie w tej sytuacji pokazał na pozycji – strzał może już nie był idealny, ale na tyle dobry, że Łubik mógł odbić piłkę wprost pod nogi Marcela Wędrychowskiego. A nasze żywe sreberko, po tych wszystkich jesiennych sytuacjach, mogło się w końcu cieszyć z pierwszej bramki dla GieKSy. Jak mawiał klasyk „zasłużenie, proszę pana, zasłużenie”.

Wracając do Bartka. Ligowiec Roku nie zwalnia tempa. Efektywność tego zawodnika jest niesłychana. W każdym meczu ma udział przy bramkach. Teraz sam kolejną zdobył, gdy piłka go znalazła w polu karnym, ale przecież jeśli Remek Jezierski wiele lat temu wprowadził określenie „asysta drugiego stopnia” i było to oczywiście nieraz określenie na wyrost, to tym razem podanie do Ilji Szkurina było tą asystą przez duże A. Podanie otwierające szansę do zdobycia bramki. I naprawdę muszę powiedzieć, że trochę boję się tych powołań selekcjonera – obecnego na meczu – na barażowe mecze o awans do Mistrzostw Świata. No bo kurde, przecież to będzie jakiś niesmak, jeśli nasz zawodnik powołania nie dostanie. Z całym szacunkiem, ale jeśli znów w kadrze będzie Kapustka czy Wszołek, a zabraknie miejsca dla tak efektywnego zawodnika – to będzie to po prostu nie do przyjęcia. Podejrzewam, że jakby zrobić ankietę ogólnopolską, czy Nowak powinien  być powołany do kadry, to lekko 90 procent opowiedziałoby się na tak. Żeby nie było, że jestem stronniczy, bo z GieKSy. Podobne zdanie mam o Oskarze Pietuszewskim. Obu się jak psu buda należy powołanie do pierwszej reprezentacji.

Jeszcze dwa słowa o Ilji, bo zawodnik jest zmiennikiem Adama Zrelaka i ostatnio jak wchodził – nie szło mu najlepiej. Tym razem mieliśmy efekt z jego gry, właśnie ta sytuacja przy drugiej bramce, no i wypracowanie trzeciej – nie tylko chodzi o samo bycie sfaulowanym, ale świetne rozprowadzenie tej akcji i podanie do Borjy.

GieKSa po raz pierwszy w lidze od niemal 13 miesięcy miała rzut karny. W końcu! Ileż można czekać. Pamiętamy, co było w meczu z Legią, gdzie sędzia nas po prostu przekręcił. Tym razem… hm… no można się zastanowić, czy można na to spojrzeć inaczej. Mówiąc półgłosem i puszczając oko, powiedzmy, że sędzia Patryk Gryckiewicz nam nie przeszkadzał. Ciekaw jestem, co znowu powie szef wszystkich szefów – Adam Lyczmański. W pierwszej chwili miałem wrażenie, że Ilja rzeczywiście symuluje, a widząc na powtórkach w Canal Plus nie uznałbym tego absolutnie za „padolino”, ale co do faulu miałem wątpliwości – każda powtórka pokazywała inaczej. No a przecież jeszcze mocne wejście Zrelaka w nogę Hellebranda, no i ręka Marcela – dla mnie ewident. Ale szowinistycznie i nieobiektywnie powiem teraz, że skoro sędzia nie gwizdnął – to miał rację 😉Boże, jaka ulga była po tych sytuacjach.

Wspomnijmy też o Rafale Strączku. To był ledwo początek meczu, ale kapitalna podwójna interwencja (zwłaszcza ta druga, gdy się wyciągnął), spowodowała, że otwarcie tego spotkania nie było tragiczne. Naprawdę Rafał pomaga. I jest bardzo mocnym punktem drużyny.

Rzadko się też zdarza, żeby zmiennicy tak dużo wnieśli. Przed 60. minutą trener dokonał potrójnej roszady. Pojawili się na boisku Borja, Marcel i Damian Rasak. Potem wszedł jeszcze Ilja i Eman Marković. Marcel strzelił gola, Ilja załatwił bramkę i karnego, Borja brał udział w akcji z karnym, podobnie jak Eman. Po to są rezerwowi. I dobrze mieć mocną ławkę.

GieKSa odniosła mega ważne zwycięstwo. Ta tabela jest tak absurdalnie płaska, że naprawdę dwie wygrane windują w okolice pucharów, a dwie porażki wmanewrowują w ciężką walkę o utrzymanie. Remisy nie są najgorsze, ale waga trzech oczek w tym sezonie jest przeogromna. I niezmiennie utrzymuję, że trzeba osiągnąć te 38 punktów, żeby się utrzymać. Wynika to z prostego rachunku – trzeba policzyć średnią punktów pierwszej drużyny nad kreską i pomnożyć razy 34. I wychodzi jak byk, że nawet w obecnym sezonie, gdzie nikt spaść najwyraźniej nie chce – ta granica „38” będzie utrzymana. Więc spokojnie – wystarczy nam bilans 0-8-4, 1-5-6, 2-2-8 do końca sezonu. Do wykonania. Trzeba to po prostu zrobić jak najszybciej, a potem bić się o jak najwyższą lokatę w tabeli.

Żałowaliśmy tego meczu z Arką, ale zdarzyło się. Grunt, że drużyna się nie podłamała i z Górnikiem zagrała swoje. To były dobre zawody, to była taka GieKSa, jaką znamy – nieustępliwa i taktycznie dojrzała. To nie zawsze da wygraną, ale znacznie zwiększy jej prawdopodobieństwo. Tak było i tym razem.

We wtorek Widzew. Kolejne święto, a tu już wchodzimy do innej rywalizacji – do walki o trofeum! Do Narodowego pozostaje już tak bardzo niewiele. Widzew nie jest w najwyższej formie, do tego niedawno ich pokonaliśmy. W żadnym wypadku jednak nie należy Łodzian lekceważyć, bo to nie jest drużyna słaba, tylko niepoukładana. Ale mająca swoje ambicje, z których jedną z nich jest zdobycie Pucharu Polski. To będzie więc kolejna walka na noże.

Mamy piękny weekend. Pogodowo i piłkarsko. Możemy teraz wygodnie się rozsiąść i oglądać niedzielne mecze ekstraklasy. Jak to smakuje po zwycięstwie! Swój obowiązek spełniony wyśmienicie, a teraz niech na boiskach walczą inni.

PS Dołożyłem swoją cegiełkę do tego zwycięstwa! Jako stary byk, w wieku 42 lat w środę zdałem egzamin na prawo jazdy. Instruktor Mariusz godzinę przed egzaminem powiedział mi, że muszę zdać za pierwszym razem, bo od tego zależy zwycięstwo GieKSy z Górnikiem. Tak więc, melduję wykonanie zadania 😀

2 komentarze
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy, jednakże zastrzega sobie prawo do ich cenzurowania lub usuwania.

2 komentarze

  1. Avatar photo

    1964

    1 marca 2026 at 15:46

    Gasparik odleciał z tym że byli lepsi

  2. Avatar photo

    GieKSiarz

    1 marca 2026 at 22:03

    Nowak nie do kadry. Wszołek czy inny Kapustka nie mają podejścia do Bartka pod każdym względem, ale wiek Bartka to jego atut dla GieKSy. W kadrze niech grają młodsi, a Lewy niech będzie wyjątkiem.

Odpowiedz

Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Piłka nożna

Osłabiony Raków przed meczem z GieKSą

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Raków Częstochowa chce wrócić do swoich sukcesów z początku lat 20 XXI wieku w Pucharze Polski. W trzech kolejnych sezonach Medaliki grały w finale rozgrywek, dwukrotnie zdobywając Puchar Polski (w 2021 i 2022 roku).

Obecny sezon jest bardzo „obfity” dla RKSu. Drużyna brała udział w rozgrywkach Ligi Konferencji, Ekstraklasy i oczywiście w Pucharze Polski. W europejskich rozgrywkach (razem z eliminacjami) zespół rozegrał 14 spotkań (bilans: 9-2-3, bramki: 22-9) i odpadł w 1/8 finału po dwóch porażkach z Fiorentiną. W rodzimej lidze Raków po 27 rundach zajmuje 6. lokatę (tuż nad GiekSą, z tą samą liczbą punktów co nasza drużyna). Zespół wygrał w 11 meczach, zremisował w 6 i przegrał w 10, bramki: 36-34. W STS Pucharze Polski Medaliki trzy mecze wygrały: kolejno z Cracovią 3:0 (u siebie), na wyjazdach ze Śląskiem 2:1 i Avią Świdnik 2:1 (po dogrywce). Wyniki osiągane w lidze na wiosnę są słabsze od oczekiwanych – w 9 meczach drużyna zdobyła 10 punktów (bilans: 2-4-3, bramki: 10-11) i za ten okres zespół zajmuje 12. miejsce w tabeli. Z kolei w spotkaniach ligowych rozgrywanych u siebie Raków w 13 meczach zdobył 19 punktów (bilans: 5-4-4, bramki: 14-12). Na wiosnę Medaliki po dwa spotkania wygrały (z Termalicą 1:0 i Pogonią 2:0) i dwa zremisowały (z Radomiakiem 0:0 i Widzewem 1:1). Ostatnią ligową porażkę w Częstochowie RKS poniósł 14 grudnia, w meczu z Zagłębiem (0:1).

W grudniu ubiegłego roku Marka Papszuna zastąpił na stanowisku trenera 38-letni Łukasz Tomczyk. Tomczyk wcześniej prowadził samodzielnie Victorię Częstochowa, był asystentem trenera w Resovii, następnie trenerem analitykiem w GieKSie (od października 2022 roku do czerwca 2023). Po GieKSie związał się z Polonią Bytom, w której przez 3 miesiące ponownie był trenerem analitykiem, aby z końcem września 2023 roku zostać trenerem. W 2024 roku awansował z Polonią na zaplecze Ekstraklasy.

Trener Tomczyk może mieć ból głowy przed meczem z GieKSą: w drużynie Rakowa na pewno nie zobaczymy na boisku Władysława Koczerchina, Ericka Otieno, Tomasza Pieńko oraz Frana Tudor, którzy od dłuższego czasu leczą kontuzje. 25 minut przed zakończeniem ostatniego meczu ligowego został zmieniony bramkarz Kacper Trelowski, który zgłaszał kontuzję i raczej nie zagra w czwartek. Nie wiadomo też czy zagra Adriano Amorim, który przed ostatnim meczem nabawił się kontuzji.

We wszystkich rozgrywkach najwięcej goli zdobył Jonatan Braut Brunes – 21, następny na tej liście jest Lamine Diaby-Fadiga – 13.

W drużynie Medalików występuje były zawodnik GieKSy – Oskar Repka. Repka wystąpił w 42 z 44 spotkaniach Rakowa (nikt nie wystąpił w Rakowie w większej liczbie spotkań) i strzelił 4 bramki.

Kontynuuj czytanie

Felietony Piłka nożna

„Jesteś tak piękna, jak gol w 90. minucie”

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Mam wrażenie, że pięknie mi się ułożyło spotkanie GieKSy z Wisłą Płock po felietonie przedmeczowym. Tam pisałem o tym, jak to wiele aspektów w piłce odgrywa rolę, a nie tylko to, że optycznie wyglądasz lepiej. W piłce trzeba przewagę po prostu udokumentować, a nade wszystko – jeśli ją masz – nie przegrać meczu. Inaczej diabli wszystko biorą. Tak było w meczu w Krakowie, tak było w spotkaniu Szwecja – Polska. I tak mogło być wczoraj. Ale jak mawiał klasyk – zadecydowały detale. I brak piłkarskiej nonszalancji. Co też jest kluczowe.

Wisła nie była łatwym przeciwnikiem. Powiedziałbym nawet, że piłkarze Mariusza Misiury zagrali naprawdę dobry mecz. Bez fajerwerków, ale bardzo solidny. Na remis mogło wystarczyć, bo było bardzo blisko. Przy splocie kilku okoliczności, mogło się to zakończyć nawet zwycięstwem Płocczan, bo swoje sytuacje – i to bardzo dobre – przecież mieli.

I to był taki jeden z moich ulubionych rodzajów meczów, a także takich, po którym bardzo często wszyscy wokół płaczą, że „byliśmy lepsi, a przegraliśmy”. Mowa o typowym meczu na remis, który remisem się nie kończy – tylko zwycięstwem jednej ze stron. Kiedy decyduje szczegół, moment, łut szczęścia. GieKSa i Wisła miały zupełnie inny pomysł na ten mecz, ale oba te pomysły były dobre. Wisła schowana, defensywna, ale żelaźnie realizująca swój plan, natomiast nie grająca w żadnym wypadku „obrony Częstochowy”. I Katowiczanie, grający swój atak pozycyjny i próbujący, próbujący – z uporem i w nieskończoność…

Obie drużyny miały swoje znakomite sytuacje. To Łukasz Sekulski trafił w słupek, to Bartek Nowak robił wkrętkę jak Adam Kucz na Benfice, to w końcówce Wiktor Nowak miał swoją piłkę meczową, a wcześniej po dośrodkowaniu Mateusza Wdowiaka, Mijusković tak odbił piłkę, że ta również odbiła się od słupka. No jak nic – tu każdy mógł wygrać i tak naprawdę zarówno zwycięstwo Wisły byłoby zasłużone, jak i nasz triumf. I remis tak samo.

Grunt właśnie, żeby takie mecze przeciągnąć na swoją korzyść. A jeśli nie to przynajmniej zremisować. Tego nam czasem brakowało. Ale nie tym razem.

Naprawdę Wisła była ciężka do sforsowania. Nie popełniali błędów, byli bardzo dobrze zdyscyplinowani i naprawdę realizowali te swoje założenia świetnie. Wiadomo – można powiedzieć, że lepsza drużyna niż GKS znalazłaby szybciej sposób na Rafała Leszczyńskiego i spółkę. Ale z perspektywy ekstraklasy był to defensywnie świetny mecz. I naprawdę należy się w związku z tym uznanie dla naszych zawodników, że walczyli do końca o tę bramkę i wywalczyli.

Niesamowite jest to, że w akcji tej brało udział czterech z pięciu obrońców. Wywalczył piłkę kapitan. Odegrał do Wasyla. Te przerzucił wszerz pola karnego do Borjy. Ten kapitalnie piętą zagrał do Bartka Nowaka, a potem już było wstrzelenie do Lukasa i gol. Naprawdę wielkie słowa uznania dla naszego Hiszpana, że zagrał po piłkarsku, a nie na aferę, podając do lepiej ustawionego Bartka. Wcześniej – po wprowadzeniu Galana i Emana Markovića – ta dwójka próbowała, próbowała, ale trochę bili głową w płocki mur. W końcu Borja dał efekt – wymierny efekt.

Pochwalić też należy Rafała Strączka. Był czujny, skoncentrowany i bezbłędny. Naprawdę wyrasta z niego – w GieKSie – świetny bramkarz i ostoja zespołu. Dawał też spokój w końcówce. Miałem nawet wrażenie, że spowalnia nieco grę, bo końcówka ze strony Wisły była bardzo żwawa i goście chcieli grać o zwycięstwo.

Co się działo po tym golu… euforia. Ja sam byłem przekonany, że będzie 0:0. Bo po prostu GieKSa rzadko strzela zwycięskiego gola w doliczonym czasie. A już żeby to był gol na 1:0, to trzeba się cofnąć do wygranego z Lechią Gdańsk meczu w pierwszej lidze. Ale w ostatnich wielu latach to są totalnie incydentalne sprawy. Choć oczywiście doliczony czas gry – na 2:1 czy 3:2 dawał nam tak potrzebne punkty do awansu.

Ten stadion odleciał. Rok temu otwieraliśmy Nową Bukową spektakularnie, golem Filipa Szymczaka w 100. minucie meczu z Górnikiem Zabrze. Przez te 12 miesięcy obiekt ten przeżył tyle, co Bukowa przez wiele lat razem wziętych. Tyleż emocji, tyle świąt piłkarskich i zwycięstw z uznanymi markami. Pokonywaliśmy dwa razy Górnik, dwa razy Widzew, Jagiellonię, Pogoń, Lechię. Poległy już tu Arka, Cracovia, Radomiak, Korona. Lech świętował remis, który dawał im nadzieję na mistrzostwo. Do tego awanse w Pucharze Polski, masa wybuchów radości i świętowania po meczu pod Blaszokiem. Ogrom szczęścia po tych wielu latach na peryferiach piłki.

Nie mogła to być lepsza Wielka Sobota z tak spektakularnym zakończeniem meczu. Nic tak nie smakuje jak zwycięstwo w doliczonym.

Patrząc z perspektywy ostatniego czasu remis nie byłby zbyt dobrym wynikiem. Bo poprzednie dwa mecze przegraliśmy. Jeden punkt w trzech meczach i zaraz perspektywa wyjazdu do Poznania – to by było dość kiepsko. A tak wróciliśmy na zwycięską ścieżkę i znów doskoczyliśmy do czołówki, oddalając się od dołu tabeli. A z racji tego, że sezon wkracza w finalną fazę – jest to coś kapitalnego.

Wedle moich założeń – GieKSa przekroczyła liczbę punktów potrzebną do utrzymania – 38 oczek. Jednak sezon jest tak specyficzny, że rzeczywiście wyjątkowo chyba trzeba założyć 40. Jeśli tak, to do końca sezonu wystarczy bilans 0-1-6. Do zrobienia. Tym bardziej, że punkty punktami, ale liczy się też liczba drużyn, która jest pod nami.

I teraz uwaga – po 27 meczach rok temu mieliśmy 36 punktów, dzisiaj 39. Nasze bramki to było 35-36, dzisiaj 36-35. Można więc powiedzieć, że na ten moment „przeskoczyliśmy” poprzedni sezon, choć po następnej kolejce może to się znów zrównać. Nieważne. Ważne jest to, że po początkowym fatalnym okresie rozgrywek (4 kolejki) GieKSa się otrząsnęła i cała reszta sezonu jest bardzo dobra. Wyjąwszy ten początek – GieKSa punktuje niemal na poziomie lidera ekstraklasy!

Ciekawa jest też tabela ekstraklasy od początku poprzedniego sezonu. Wyobraźcie sobie, że zeszłoroczny beniaminek GKS Katowice od startu poprzednich rozgrywek zajmuje szóste miejsce! Wygraliśmy już 26 ekstraklasowych spotkań. Chyba nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że po awansie nasz zespół będzie miał takie statystyki. Przecież rok temu mieliśmy zlecieć z hukiem. W tym bez huku, ale jednak też. A tu wielkanocne jajco. GieKSa jest po prostu zwykłym ekstraklasowiczem, który ostatecznie – wychodzi na to – o utrzymanie martwić się specjalnie nie musi.

Naszej drużynie należą się wielkie brawa za wczorajszy mecz. Wyrwali to zwycięstwo konsekwentnym dążeniem do zdobycia bramki. Wierzyli do ostatnich sekund i na pół minuty przed końcem dopięli swego. Właśnie o to chodzi w piłce. Żeby z uporem dążyć do końca. Ale jest jeszcze ten aspekt rozwagi. Tu nie było szaleństwa i pójścia na hurra, tak żeby nadziać się na zabójczą kontrę. Tu było zabezpieczenie tyłów. I opracowany stały fragment – z nutką (?) improwizacji Galana. A potem wybuch radości.

Teraz chwila odpoczynku. Niech (jutro) o punkty walczą inni. Będziemy śledzić wyniki i jak to się układa w tabeli. A już w czwartek czeka nas wielkie święto i gra o marzenia. To będzie mecz szczególny, najważniejsze spotkanie od czasu awansu do ekstraklasy. GieKSa walczy o trofeum. O wyjazd na Narodowy. O marzenia.

Wesołych Świąt!

PS Chciałbym też wyrazić uznanie dla gości, bo Łukasz Sekulski, który trafił w słupek nie machał rękami i nie rozpaczał, tylko z kulturką wziął kępkę trawy, ułożył ją na miejsce i przyklepał. A trener Misiura po meczu na konferencji z klasą złożył wszystkim świąteczne życzenia. Po przegranym w takich okolicznościach meczu. Brawo.

Kontynuuj czytanie

Felietony Hokej

Czy możemy narzekać na najlepszą drużynę ostatnich pięciu lat?

Avatar photo

Opublikowany

dnia

Przez

Piąty finał z rzędu. Dwa mistrzostwa Polski – tyle samo co teraz GKS Tychy, których jednak w tym okresie dwukrotnie zabrakło w finale. Dwa finały przegrane w dopiero w siódmym meczu. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że za ostatnie 5 lat to drużyna Jacka Płachty była najlepszą drużyną w Polsce, a jednak coraz ciężej o optymizm, gdy mowa o hokejowej GieKSie.

Po dwóch mistrzostwach Polski, gdzie w obu przypadkach w finale byliśmy wręcz perfekcyjni pod każdym względem, przyszła porażka z Unią w dogrywce meczu nr 7 – tak minimalna, jak tylko może być, a przecież już po piątym meczu byliśmy o krok od kolejnego złota. Rok temu z kolei już po 4 meczach Tyszanie w każdym kolejnym mogli odnieść ostateczny triumf i choć pogoń za wynikiem, a nawet wyjście na prowadzenie na początku decydującego starcia dały nam mnóstwo emocji, to był to jednak kolejny krok w tył względem poprzedniego sezonu, a jak wyglądał finał w tym roku – każdy wie.

Nikt w tej lidze nie lubi GKS-u Katowice… i ma to swoje dobre strony. Brak sympatii ze strony kibiców Tychów, Sosnowca czy Oświęcimia jest oczywisty i jest to odwzajemnione i te animozje dodają emocji, a to dla emocji śledzimy sport. Idzie za tym jednak coś więcej – oprócz zdobycia mistrzostwa Polski, pobocznym celem każdej z tych drużyn jest pokonanie GKS-u. Poza krakowską Cracovią, gdzie nie zapowiada się, by w najbliższych latach mieli wrócić do walki o najwyższe cele, Katowice to zdecydowanie największe i najbardziej rozpoznawalne miasto ligi i każde mniejsze miasto tym bardziej chce udowodnić swoją wyższość na lodzie. Naszą reakcją na to jest… wyznaczenie top-4 jako celu na sezon. W lidze, gdzie są 4 drużyny mające pieniądze, by móc realistycznie walczyć o coś więcej, niż przetrwanie.

Końcowy wynik to jednak nie wszystko, czego kibice potrzebują – potrzebujemy czuć, że klub ,,gdzieś” zmierza, potrzebujemy również małych powodów do ekscytacji, a także potrzebujemy, by ludzie pracujący w klubie pokazali nam, że to oni się lepiej znają na hokeju i ,,zamknęli nam mordę”. Tak jak mordę zamyka nam sekcja piłkarska, tak jak 3 lata temu zrobił to Teemu Pulkkinen, tak tym razem dosłownie każda obawa kibiców znalazła potwierdzenie. Każdy czuł, że siedmiu obrońców to za mało, każdy widział, że brakuje nam ofensywnie usposobionego defensora, każdy wiedział, że mamy problem z przewagami i naprawdę ciężko uwierzyć, że ludzie, którzy dali nam dwa mistrzostwa Polski mieliby się z tym nie zgodzić. Gdzie więc była na to reakcja?

Jedną z najważniejszych cech naszych mistrzowskich ekip był głód. Oczywiście było też wtedy grono doświadczonych Polaków, a nawet przewinęło się też kilku doświadczonych obcokrajowców i nie chcę brzmieć, jakbym myślał, że teraz ktoś nie chciał zdobyć mistrzostwa, bo nie wątpię, że wszyscy chcieli, ale czegoś w porównaniu do ekipy sprzed 3 i 4 lat ewidentnie brakowało. Sami zboczyliśmy z drogi, która działała. W Tychach pałeczkę po doświadczonym Komorskim przejmują Łyszczarczyk czy Paś, którzy spokojnie mają pewnie z 7-8 lat grania przed sobą. U nas wydaje się zawiodło przekazanie pałeczki w obronie po pożegnaniu się z Kruczkiem czy Wajdą, a teraz czeka nas to w ofensywie. Są oczywiście bracia Hofman, gdzie oglądanie ich rozwoju było jednym z przyjemniejszych elementów tego sezonu i głęboko wierzę, że będą liderami na lata nie tylko GKS-u, ale i reprezentacji… ale co jeśli okaże się, że jednak są to gracze jedynie na 3 formację i 20 punktów w sezonie? Te przekazanie pałeczki zdecydowanie nie jest tu tak płynne i naturalne, a przecież tyle lat pracy jednego trenera i dyrektora w połączeniu ze stabilnym finansowaniem z miasta to powinny być wręcz idealne warunki do takiej długofalowej pracy.

Praktycznie co roku przykro kibicom GieKSy czyta się o nowych kontraktach, transferach i negocjacjach już nawet w trakcie play-offów, gdzie my na pierwsze wieści czekamy zazwyczaj aż skończą się hokejowe mistrzostwa świata. I niby zawsze ostatecznie jakoś to nadrabialiśmy, bo 5 razy z rzędu w finale nie byliśmy przypadkowo, ale nie wierzę, że na tym czekaniu nie tracimy, a teraz już z całą pewnością można powiedzieć, że zeszłoroczna przerwa między sezonami była w naszym wykonaniu po prostu słaba. Nie ma w tym gronie żadnego zawodnika, którego będzie warto wspominać po latach. Kibice potrzebują zawodników z charakterystycznymi cechami – jeszcze długo będziemy pamiętać szaleństwo w oczach i uśmiechu Erikssona, umiejętność wejścia na wyższy poziom w kluczowych momentach Lehtonena, huknięcie Hudsona, technikę Koponena czy ,,nienormalność” Murray’a, a jak pokazują wyniki – nie tylko kibice potrzebują takich zawodników, ale klub też. Hokej nie jest sportem dla normalnych. Gdy 3 lata temu przyszedłem na pierwszy przedsezonowy sparing – od pierwszego kontaktu z krążkiem było widać, że Koponen to Pan Hokeista. Nie chcę wytykać palcem hokeistów, bo myślę, że oni są najmniej temu winni, ale aktualnie większość naszej kadry to hokeiści po prostu przyzwoici… i tyle. Przyzwoitością nie wygrywa się mistrzostwa.

Nie wiem, co by się musiało stać, bym o kimkolwiek, kto miał swoją zasługę w zdobyciu dwóch mistrzostw Polski myślał za kilka lat w sposób negatywny, począwszy od dyrektora sportowego, przez trenera i na zawodnikach kończąc. Ilu błędów by nie popełniono w tym sezonie i ilu potencjalnie nie popełni się jeszcze w przyszłości – za ten pierwszy wielki sukces GKS-u, jaki miałem okazję doświadczyć w życiu, trener Płachta może mieć w Katowicach własną ulicę, a odwieszenie łyżew na kołek przez Grzegorza Pasiuta powinno być jednoznaczne z powieszeniem numeru 18 w Satelicie, a może i nawet na to samo zasługują Bartosz Fraszko czy ,,Nasz Warszawiak” Mateusz Bepierszcz. Czy aktualnie nasze finanse pozwalają na stworzenie równorzędnej rywalizacji z Tychami, ale czego by tu wcześniej nie osiągnięto – teraz także potrzebuję widzieć, że klub ma obrany właściwy kierunek i do tego kierunku dąży. Może trzeba jasno powiedzieć, że jeśli właściciel nie chce kroku do przodu, bo przy świetnej postawie piłkarzy już nie potrzebuje ,,tematu zastępczego”, to wykonujemy krok w tył i odmładzamy skład?

Zdobytymi mistrzostwami klub poniekąd wydał na siebie ,,wyrok” – zupełnie inaczej cieszyło srebro drużyny Toma Coolena, gdy zaledwie 2 lata wcześniej nie było hokeja w Katowicach, a 3 lata wcześniej bohaterem kibiców w Satelicie był Maros Goga. Teraz już wszyscy wiemy, jak to jest być na szczycie – i chcemy tego znów, jednak tak jak pisałem wyżej, końcowy wynik to nie jedyny sposób na usatysfakcjonowanie kibiców, tymczasem w tym sezonie mimo wszystko tylko on się zgadza, bo jednak finał to jest w pewnym stopniu sukces, ale czy z obecnie obranym kursem ten finał będzie także za rok?

Kontynuuj czytanie

Zobacz również

Made with by Cysiu & Stęga